Dziwny cmentarz

Kiedyś w Śródmieściu Południowym był ogród pomologiczny. Miejsce, gdzie można było wśród roślin odetchnąć od miejskiego pędu. Dziś w miejscu ogrodu jest miasto. Szczęśliwie, w tej gęsto zabudowanej dzielnicy jest zielona wyspa. To otoczenie kościoła pw. Piotra i Pawła parafii świętej Barbary przy ulicy Emilii Plater. Stare drzewa  otaczające świątynię oraz zielony skwer za kościołem umożliwiają odpoczynek. Wszystko otoczone jest płotem pamiętającym czasy wojny z zachowanymi śladami po kulach. Wchodząc na teren kościelny wita nas dość zaskakująca tabliczka: Teren cmentarza, wyprowadzanie psów zakazane.

To dziwne, wokół budynku kościoła żadnych grobów.  Może to nieekshumowane groby z czasów 2 wojny światowej, z września, kiedy zbombardowano kościół, albo z czasów powstania? Może nie ma po nim śladu bo  klepsydry uległy zniszczeniu i czekają na renowację czy odtworzenie? Otóż nie. Teren kościoła  to miejsce dawnego cmentarza świętokrzyskiego. Pierwszego położonego za miastem cmentarza Warszawy, który powstał pod koniec XVIII wieku. Początkowo ludzie nie chcieli chować tu swoich bliskich. Ponieważ wcześniej za murami miejskimi chowano przestępców, samobójców, czy czarownice. Wiele zmieniło się, gdy pochowano tu biskupa Wodzyńskiego, który poprosił o to w testamencie a tym samym dał przykład tym, którzy obawiali się zamiejskich pochówków.  Na cmentarzu spoczęły między innymi szczątki morgantycznej żony Stanisława Augusta Poniatowskiego Elżbiety Grabowskiej z Szydłowskich. Pochówki odbywały się tu do około do 1831 roku,  a potem cmentarz podupadał.  W połowie XIX wieku  straszył zaniedbaniem i zawalonymi katakumbami. Przeprowadzono oficjalną likwidację cmentarza.  Ciała zebrano do zbiorowych mogił, a na terenie cmentarza założono parafię dla okolicznych mieszkańców. Wybudowano też kościół – piękny neogotycki według projektu Jana Piusa Dziekońskiego, zniszczony we wrześniu 1939 roku.

Aktualnie jedyną pamiątką po cmentarzu świętokrzystkim jest zachowana kaplica pogrzebowa świętej Barbary.

A.

miejsca pamięci

Warszawa, której angielska nazwa to Warsaw (widziała wojnę) cała jest jednym wielkim miejscem pamięci i cmentarzyskiem. Na większości ulic znajdują się tablice upamiętniające męczeńską śmierć naszych krajanów w czasie okupacji, miejsca komunistycznych kaźni, wspomnienie rzezi Pragi, powstania listopadowego czy styczniowego, i wiele innych. Każde z tych miejsc zmusza do refleksji, ale jedno dla mnie jest szczególnie. To wiąz – dziś już pomnik drzewa przy Pawiaku – obwieszone klepsydrami i często otoczone zniczami. Obok druty kolczaste i resztki bramy dawnego więzienia, ponurego miejsca kaźni wielu uczciwych, czy wręcz bohaterskich ludzi, bo Pawiak w czasie okupacji był największym politycznym więzieniem na terytorium Polski.


Budynek został zniszczony jeszcze przez Niemców. Wiąz cudownie przetrwał jego wysadzenie, a już zimą 1945 r. stał się miejscem pamięci, gdzie bliscy ofiar wieszali klepsydry.

 

A.

warszawskie kontrasty

W samym centrum, na tyłach ulicy Złotej stoją ruiny oficyny domu pod numerem 65 b, a obok na Chmielnej, pnie się w górę najwyższy wieżowiec Unii Europejskiej – Varso. Ma liczyć 310 metrów wysokości. Na jego szczycie będzie znajdował się taras widokowy – konkurencja dla tarasu w PKiN-ie. Ciekawe czy będzie z niego widać naszego ostańca, czy doczeka, czy zostanie wyburzony, a może ktoś go wyremontuje?

A.

zmiany

Na mieście jesień. Dosłownie. Poza kolorowymi bądź łysymi już drzewami, lokale przystrojone są w liście, dynie. Miło patrzeć. Ale nie tylko. Pewna znajoma uświadomiła mi, że nie zawsze można było zostawić stroik ot tak na zewnątrz na ulicy. Było zbyt duże ryzyko, że nie będziemy cieszyć nim oczu. A dziś prawie Śródmieście cieszy oczy:)

A.

powroty

Kolorowa słoneczna jesień zachwyca wszędzie. Są jednak miejsca prawdziwie wyjątkowe. Dla nas takim warszawskim jesiennym cudem są Łazienki Królewskie. Spacer po parku w tygodniu to prawdziwy rarytas, ale naprawdę warto poświęcić dzień urlopu czy odebrać nadgodziny, żeby bez tłumu delektować się łazienkowym pięknem. Wiewiórki robią teraz zapasy na zimę, kaczki kwaczą, wrony, kawki i gawrony głośno kraczą, a liście pod stopami mile szeleszczą. Leżaki zaczęcają do relaksu, a słońce do lenistwa. Ominęło nas niestety spotkanie z tutejszą sową i sarenką, ale może następnym razem się uda…

A.

Czasem spotykam pewną starszą panią – podpierając się o wózek karmi ptaki.

Niedawno miałam zaszczyt potowarzyszyć jej trochę. Karmi ptaki, bo w życiu była głodna – podczas powstania. Wtedy, jako 10 letnia dziewczynka z Powiśla nieraz jadła chleb koloru zielonej trawy lub taki nadgryziony w piwnicy przez szczury.  Wcześniej, jak jeszcze było się czym wymieniać – przez okopy chodziła na Mokotowską zamienić nadwyżki ich jedzenia na marmoladę. A potem było coraz gorzej. Jej Mama właściwie nie jadła, piła – miała posturę okrągłą więc uważała, że jeść powinno dziecko i bardzo szczupły mąż, a ona zużytkuje zapasy.

Powstanie upadło – cała rodzina trafiła najpierw do kościoła św. Stanisława na Wolskiej, gdzie w ogromnym tłoku spędzili dwa dni.  Nie można było wychodzić ze świątyni, nawet do toalety.  A potem były 3 tygodnie w Dulagu 21 w Pruszkowie. Na codziennych apelach sprawdzano stan zdrowia. Niemcy bali się epidemii tyfusu plamistego, więc nie odpuszczali tych kontroli. Ojciec mojej rozmówczyni wyglądał słabo, ale chory nie był. To uratowało go przed wyjazdem do obozu koncentracyjnego z jednej strony, a pewną śmiercią na tyfus lub w egzekucji z powodu choroby. Ostatecznie rodzina trafiła do pociągu, który zawiózł ich w okolice Częstochowy. Tam, na wsi przeczekali do lutego 1945 r. i wrócili do Warszawy, która dla dziecka wyglądała jak górskie wąwozy. Chodzić można było tylko wytyczonymi szlakami, właśnie jak w górach. Jednak tylko tam, gdzie saperzy umieścili już informację, o tym, że min nie ma. Zejście ze ścieżki było bardzo niebezpiecznie.

Starsza pani wyjmując ser dla swoich podopiecznych z uśmiechem życzyła  mi miłego dnia.

A.

popowstańcze losy

To się działo pewnie jakoś teraz, w październiku, listopadzie. Ludność cywilna Warszawy, która po powstaniu trafiła do obozów przejściowych pod Warszawą, głównie do Dulagu 121 w Pruszkowie, była kierowana dalej. Część warszawiaków wywieziono na zachód Generanej Guberni i pozostawiono samym sobie. Wielu skończyło na robotach przymusowych w Niemczech lub w obozach koncentracyjnych. Właśnie tym, którzy trafili do obozów poświęcony jest, odsłonięty na początku sierpnia w Parku Powsstańców Warszawy, kamień przypominający trudne popowstańcze historie.

A.

piękny budynek

Jak się nie widziało, to trudno uwierzyć, że w naszym mieście zachowały się tak dostojne budynki jak gmach ASP u zbiegu Myśliwieckiej i Hoene-Wrońskiego zaprojektowany przez Kazimierza Tołłoczkę na bursę dla nauczycielek. Dziś budynek mieści wydział architektury wnętrz, wzronictwa oraz mody ASP. Aż dziwne, że dopiero niedawno wpisano go do rejestru zabytków.

A.