Strażnik pamięci

Na ocalałym murze getta w podwórku przy ulicy Złotej 60 znajduje się tablica poświęcona pamięci Mieczysława Jędruszczaka. To dzięki jego staraniom i protestom zachowany mur getta nie został rozebrany w latach 70-tych. Mieczysław Jędruszczak, który jako harcerz brał udział w obronie stolicy we wrześniu, następnie został żołnierzem AK, w 1944 r. bez wyroku sądu został zesłany do łagru. Trzy lata po powrocie do Warszawy, w 1950 roku zamieszkał przy ulicy Siennej 55.

Na portalu Wirtualny Sztetl tak pożegnano pana Mieczysława –
„Opieka nad reliktami murów getta stała się życiową misją Mieczysława Jędruszczaka. Każdą wolną chwilę poświęcał na rozmowy z turystami, którzy przychodzili oglądać mury. Opowiadał im o Zagładzie Żydów oraz jego wysiłkach o zachowanie pamięci. Znały go dziesiątki tysięcy osób na całym świecie. Dziś tych rozmów przy murze nam zabrakło”.

W.

Czytanie miasta

Patrząc od strony Alei Jerozolimskich na budynek  na rogu z Nowym Światem, ten, w którym dziś mieści się Empik, a dawniej biuro Społecznego Funduszu Odbudowy Stolicy (SFOS), w oczy rzuca się wyryty w kamieniu napis „Cały naród buduje swoją stolicę”.  

Zaraz obok na łączniku z kamienicą w Al. Jerozolimskich  znajduje się mozaika autorstwa Władysława Zycha przedstawiającą trzy postaci: z pistoletem, z granatem i z karabinem.

Nawiązują one do akcji Gwardii Ludowej przeprowadzonych w istniejącej tu w czasie wojny knajpy. Znajdowała się tu kawiarnia Cafe Club przeznaczona tylko dla Niemców – idealny cel ataku. Odbyły się tu dwa zamachy: jeden w październiku 1942 r, drugi w lipcu 1943 r. Oba niestety niezbyt skuteczne – raniono kilku szeregowych żołnierzy.

Patrząc na ten mozaikowo napisowy zestaw można trochę jak w książce wyczytać historię naszego miasta. To kolejna fascynująca niespodzianka Warszawy.

A.

stary warszawski dom

Pięknie rzeźbiona barierka od schodów i latarnia oświetlająca klatkę światłem dziennym – takie cuda obejrzycie w Muzeum Warszawy znadujące się w kamienicach po północnej stronie rynku Starego Miasta.

A.

o Bonifratrach i języku polskim

Pod koniec XIX wieku osoby, który jechały „do czubków”, kierowały się do  szpitala prowadzonego przez ubranych w charakterystyczne habity z kapturem zakończonym czubkiem – bonifratrów.  Było to miesce, w którym leczono wiele chorób, ale jedyne w mieście, gdzie zajmowano pacjentami psychiatrycznymi. Ze względu na tą wyjątkowość do języka weszło,  niezbyt miłe dziś określenie  „czubek”oznaczające osobę  chorą psychicznie.

Bonifratrzy jako zakon powołany do opieki nad chorymi sprowadzono do Polski w  17 wieku – do Warszawy w 1649 r. Zakonnicy najpierw osiedli na Lesznie, potem w Ogrodzie Saskim, by w 1728 r. wprowadzić się na Bonifraterską, gdzie wybudowano kościół, budynek zakonny oraz szpital Jana Bożego, w którym posługiwali.

W czasie wojny całość zabudowań runęła w gruzach. Udało się odbudować kościół i budynek zakonny, ale na miejscu szpitala stanęło osiedle. W latach 80. i na początku lat 90. u bonifratrów istniał punkt wydawania darów oraz leków z pomocy zagranicznej i poradnictwa ziołoleczniczego. Do dziś działa tu apteka pokazująca stare wyposażenie miejsca.

Warto dodać, że bonifratrzy jako wykształceni lekarze i sanitariusze byli powoływani na wyprawy wojenne.

 

A.

 

 

 

 

a może do kina?

Nie pamiętam, w którym dokładnie roku to było, ale byłam jeszcze dzieckiem może w pierwszej może w drugiej klasie szkoły podstawowej. W Atlanticu  wyświetlano, wyczekiwany (pewnie od kilku lat) film „Niekończąca się opowieść.

Było zimno, pochmurno i wietrznie. Całą rodziną i rodziną znajomych na kilka godzin przed seansem ugrzęźliśmy w długiej kolejce z nadzieją, że uda się zobaczyć film.  Nie było to jednak pewne: przed nami stało już sporo ludzi a dodatkowo nie było wiadomo ile biletów rozeszło się w dystrybucji nieoficjalnej – co rusz podchodził do nas tzw. „konik”, który za niewyobrażalną dla nas kwotę chciał odsprzedać bilety. Tego dnia marznięcie i cierpliwość dały efekty – film obejrzeliśmy i przeszczęśliwi wróciliśmy do domu.

fot. NAC

Czytając „Złego” Tyrmanda trafiłam na fragment opisujący sceny sprzed Atlanticu z roku 1954. Okazało się, że moje doświadczenia z dzieciństwa nie są żadnym hardcorem tylko „lajcikiem” – sami przeczytajcie:

„ Pod murami domów, po stronie kina, ciągnęła się długa na kilkadziesiąt metrów kolejka, gęstniejąca przed samym kinem w zbity, rozedrgany tłum… Z tłumu dochodziły podniesione głosy, chwilami krzyki, stłoczona masa ludzi przed bramą falowała na wszystkie strony tamując ruch na jezdni… szamotanina przed bramą była odmętem niebezpiecznym, lecz kryła w sobie szansę dla jednostek walecznych, tylko rzuciwszy się brawurowo w jej otchłań, można było sforsować wejście do kina. Była to jednak nikła, ryzykowna szansa: przed krzywa, drewnianą bramą, wzmocnioną żelaznymi sztabami, stał spocony, zakurzony milicjant i krępy bileter w mocno sfatygowanym uniformie…. Nawet widzowie zaopatrzeni w prawidłowe bilety musieli sobie bohatersko i niezłomnie wyrąbywać drogę w zwartej ciżbie wielbicieli meksykańskiej kinematografii, oblegających wejście do kina i pozbawionych jakichkolwiek formalnych dokumentów zezwalających im na udział w widowisku….Posiadacze ważnych biletów przystawali o parę kroków przed kłębowiskiem, zalęknieni i niezdecydowani, pełnoprawność ich zamiarów stawała się naraz funta kłaków warta wobec walki, którą należało stoczyć…. Należało się rzucić w wir zmagań, nie bacząc na nowy krawat, spodnie czy jesionkę. Po kilku minutach szaleńczego przekładania ramion w obłąkanym kraulu poprzez rozgniatane piersi i marynarki, odpychając tłuste, wybrylantynowane głowy i spocone twarze, wgniatając własne łokcie w oczodoły najbliższych bliźnich i ciągnąc rozpaczliwie własne nogi za niesioną potężnym odpływem resztą korpusu, z cudzymi rękami w kieszeniach płaszcza i ze zmiażdżonym przez innych kraulistów kapeluszem na głowie , posiadacz ważnego biletu lądował w końcu w bramie kina wyciągając za rozerwany pasek od torebki swą towarzyszkę spod nóg tłumu.  Ciężko dysząc, układał na niej strzępy wiosennego płaszcza i wspomnienie po kapeluszu oraz szukał resztek zmasakrowanych zamszowych pantofli; makijaż i perfumy znikły rzecz jasna bez śladu, pozostawiając przy nim egzemplarz kobiety cudem uratowanej z żywiołowej katastrofy”.

Telewizja w Polsce stawiała  wtedy pierwsze  powojenne kroki i mało kto ją miał więc kino było najbardziej dostępną tego typu rozrywką, ale i tak czuję, że w tamtych czasach skupiłabym się raczej na lekturze niż oglądaniu filmów.

A.

 

Figura

Barokowa figura Chrystusa w bocznym ołtarzu kościoła św. Aleksandra pochodzi z kaplicy Grobu Bożego, będącej częścią Kalwarii Ujazdowskiej. Kalwaria, która została zbudowana na zlecenie króla Augusta II Mocnego miała swój początek na placu Trzech Krzyży i biegła w stronę Zamku Ujazdowskiego. Figura pochodząca najprawdopodobniej z Włoch została do Warszawy przywieziona przez Stanisława Herakliusza Lubomirskiego, mecenasa sztuki i właściciela Ujazdowa. Po rozebraniu kapliczek Kalwarii w latach 70-tych XVIII wieku rzeźba trafiła do kościoła Trynitarzy na Solcu a następnie w 1826 r. do nowo wybudowanego kościoła św.Aleksandra, gdzie na szczęście przetrwała zniszczenie świątyni we wrześniu 1944 roku.

W.