Zaduszki 1945 r.

Jerzy Waldorff w książce „Czarne Owce Apolla” pisał:
„Młodszym pokoleniom warszawiaków trudno sobie wyobrazić nasze posępne marsze wśród ruin i podwójnego zaduchu, który prześladował nas od rana do wieczora- pogorzeli i rozkładających się trupów, bo pod gruzami domów leżały ich jeszcze tysiące. A cóż mówić o nocnym wędrowaniu po ostatnich audycjach radiowych do domu: ulice ciemne, potykanie się o cegły i żelastwo opadłe z usypisk gruzu, spoza których – bywało – atakowali przechodniów rabusie, nikczemny pomiot katastrofy. Raz tylko szedłem Nowym Światem jasno, zgoła rzęsiście oświetlonym. Na Zaduszki owego roku 1945. Po obu stronach jezdni, na rumowisku, ocaleni bliscy zasypanych pod nim ludzi rozstawili płonące znicze, wyżej, niżej, jak daleko sięgałem okiem. I było to, jak gdyby zabici przypominali żywym o swej najtrudniejszej ofierze dla miasta.”

A.

Czy Warszawa to najlepsze miasto świata?

Działalność Biura Odbudowy Stolicy (BOS) to temat wzbudzający wiele emocji. Powołane przez prezydenta Warszawy Mariana Spychalskiego w lutym 1945 roku Biuro miało niesłychanie obszerny zakres zadań do wykonania: inwentaryzację zniszczeń, odbudowę zabytków, a także planowanie lepszej i nowoczesnej Warszawy. To wszystko w zburzonym mieście, do którego codziennie powracali dawni mieszkańcy.

W ciągu 5 lat działalności pracownicy podjęli wiele decyzji o rozbiórkach i odbudowach. Wytyczali nowe ulice, poszerzali stare, projektowali warszawskie dzielnice: mieszkaniowe, rządowe, przemysłowe, dbając o to, żeby lokale były dobrze doświetlone i by każdy miał dostęp do terenów zielonych oraz czystego powietrza nawiewanego do Warszawy przez pasy napowietrzające. Wymieniać można by jeszcze bardzo długo.

BOS miało unikalną możliwość zaprojektowania Warszawy od nowa – stworzenia „najlepszego miasta świata”. Ogrom zniszczeń wojennych oraz dekret Bieruta sprawiły, że można było zrobić praktycznie wszystko. Czy to się udało? Pewnie każdy ma na ten temat własny pogląd.

Odkąd pamiętam wydawało mi się, że moje miasto, choć najukochańsze na świecie, przeciekawe i fascynujące, jest brzydkie i niefunkcjonalne. Rozumiałam skutki wojny, ale nie potrafiłam wytłumaczyć sobie, dlaczego jest krajobrazowo nieuporządkowane, rozlazłe, podzielone w centrum szerokimi, nieprzyjaznymi ulicami tj. trasą WZ, trasą łazienkowska, ulicą Marszałkowską czy Wisłostradą. Albo po co budowano bloki mieszkalne w ścisłym centrum?

Bardzo jasno i ciekawie objaśnił mi to Grzegorz Piątek w swojej książce „Najlepsze miasto świata. Warszawa w odbudowie 1944-1949”.  Przedstawił proces pracy Biura Odbudowy Stolicy w sposób solidny i oparty na wielu materiałach źródłowych. Przedstawia ludzi – pracowników BOS – ich pasje, wizje i narzucone decyzje, a jednocześnie opisuje, jak one wyglądały dla konkretnych warszawiaków: tych, do których po latach tułaczki uśmiechnęło się szczęście i dostali mieszkanie w nowym bloku, i do tych, którzy musieli opuścić często świeżo odbudowane własnymi rękami lokale. Bardzo dużą wartością tej książki jest także ukazanie wzajemnych postaw przedwojennych, związanych z sanacyjnymi inwestycjami architektów, czy walczącego w AK Agatona z komunistyczną władzą. Piątek porusza też ważny temat społeczny, który mógł mieć wpływ na wyniki prac BOS: sprawę nieangażowania kobiet w pracę biura.

Książka udowadnia, że działalność BOS nie jest biało-czarna, ale że jest w niej mnóstwo odcieni szarości, oraz że planowanie miasta to praca na żywym organizmie, który pod wpływem wielu niezależnych oddolnych decyzji ewoluuje i wymusza korektę planów.

Po lekturze nie zmieniłam zdania o Warszawie – nadal myślę, że nie jest zbyt piękna, ale rozumiem dlaczego, i jest to wiedza która, czyni moje miasto jeszcze bardziej kochanym.

“Najlepsze miasto świata. Warszawa w odbudowie 1944-1949” to pozycja ponad 500-stronicowa, którą czyta się jak fascynującą, pełną akcji powieść.

A.

po Powstaniu

Jak wyglądało życie Warszawiaków, którzy po powstaniu trafili w Polskę?

Bardzo różnie. Niektórzy mieli za Warszawą rodziny, które ich wspierały, niektórzy nie, lub nie mieli możliwości do nich dotrzeć. Polegali na pomocy obcych ludzi, czasem znajomych, przyjaciół

Schronieniem dla wielu pogorzelców, między innymi dla Jerzego Waldorffa,czy Poli Gojawiczyńskiej  było Stawisko – gniazdo rodzinne Iwaszkiewiczów w Podkowie Leśnej.

Waldorff w „Czarne owce dla Apolla” tak wspomina tamtejszy pobyt: „Ileż teraz otoczyło mnie znanych twarzy warszawskich! Dziwne powitanie. Oglądałem ich nie po latach, a zaledwie po kilkumiesięcznej przerwie, która jednak zburzyła nasz świat gruntowniej, niżby to mógł uczynić najdłuższy upływ czasu. Dlatego zobaczyłem niektóre oblicza jak gdyby ucharakteryzowane cierpieniem: pożółkła skóra w fałdach, nieoczekiwane zarosty lub dawniej u tak dbałych o siebie kobiet siwizna noszona we włosach z lekceważeniem a w oczach i rysach trwał lęk, chociaż jego źródła zostały w dalekich rumowiskach.

Stroje wreszcie! To powstanie, co zaskoczyło wielu poza domem, w odległych dzielnicach, zmuszało potem – na wyjście z miasta – do brania takiego przyodziewku, jaki był pod ręką w cudzych opuszczonych mieszkaniach lub piwnicach. Teraz więc znalazłem się pośród maskarady sproszonej na Stawisko, tym upiornej, że brali w udział posępni goście, porozumiewający się z rzadka półgłosem.(…) Jarosław (Iwaszkiewicz – przyp. własny) posługiwał się własnymi metodami kojącego wpływania na potępieńczych gości.

Pamiętam go jak co rano z sypialni na piętrze schodził do hallu starannie ogolony, w kolorowym szlafroku jedwabnym, z tureckim fezem na głowie. Majestatyczny, spokojny, na pytanie zebranych jak przedstawia się wojenna sytuacja , odpowiadał, że jest korzystniejsza niż wczoraj, a Niemcy lada chwila pod naporem ofensywy znad Wisły się wycofają i każdy wtedy będzie mógł się brać do odbudowy z ruin swego życia.

Niewiasty ze Stawiska tak zabiegały o gospodarstwo, aby każdy z przybyszów miał i pożywienie, i nocleg, chociażby na podeście schodów, jak sypiał Roman Jasiński, wcześniejszy i późniejszy muzyczny kierownik Radia. Do rytuału dnia nadającego cień regularności naszej tymczasowej egzystencji, należały obiady i kolacje. Duży stół w jadalni pokrywano pięknym obrusem, na którym rozmieszczano jak najciaśniej zastawę z porcelany i sreber, żeby wokół mogło siąść najwięcej biesiadników, rozsadzonych podług wieku i urzędu, po czym z kuchni wynoszono czasem tylko zsiadłe mleko i kartofle, ale podane z widomą elegancją, jak na uroczystym przyjęciu. Takimi kobiecymi zabiegami obecni zmuszeni byli do zachowania najlepszych manier towarzyskich, co również trzymało w ryzach nerwy i swary. Wieczorami pan domu organizował dyskusje na wybrany temat albo też siadał do fortepianu i przegrywano komentując wspólnie, mazurki Chopina, niektóre sonaty Beethovena, czy nawet śpiewano szczególnie lubiane przez gospodarza pieśni Hugona Wolfa. Wtedy bywało, że na chwilę- uniesieni- zapominaliśmy o świecie”.

A.

12 sierpnia 1944

Zbigniew Blichewicz „Szczerba” – przedwojenny aktor warszawskich i wileńskich teatrów podczas powstania walczył w batalionie Bończa – najpierw jako porucznik potem dowódca kompanii, a ostatecznie dowódca batalionu. „Szczerba” spisał powstańczy dziennik, który został wydany w 2009 r. jako „Powstańczy tryptyk” ze wstępem i przypisami Mariusza Olczaka.

13 sierpnia 1944, w niedzielę  pan Zygmunt zanotwał: „W nocy pierwszy raz zbudziły nas tzw. szafy. Jest to piekielna zgoła machina, która zieje śmierią z sześciu moździerzowych rur, dopełniając dzieła przeraźliwym zgrzytem, jakby ktoś przesuwał po podłodze gigantyczną szafę. Doznanie bardzo nieprzyjemne i obserwowałem, jak nawet bardzo odważni chłopcy krzywili się na ów dźwięk, chowając głowę w ramionach.(…) Tuż po obiedzie dostałem od „Bończy” rozkaz zlustrowania rejonu od Świętojańskiej do domu PKO przy Brzozowej 2/4 włącznie. To mi wypełniło czas do godziny 16.00 (…) Wróciliśmy na kwaterę. Chłopcom kazałem zjeść kolację, a sam wyszedłem do „Bończy”.  Wsłuchując się w głuchy stuk moich butów po pustej ulicy, zauważyłem, że jest dziwnie jasno, jak na wieczorną porę. „Bończa”, zanim zdążyłem coś powiedzieć, rzekł do mnie:- Chodźmy kochanie prędko! Katedra się pali! Płonąca katedra św. Jana uczyniła na mnie ogromne wrażenie. Próbowano ją gasić, ale były to wysiłki daremne. Patrzyłem na płonącą świątynię, nie przeczuwając wtedy jeszcze, że losy mnie tak bardzo zwiążą z tym kościołem, a właściwie z jego ruinami. (…)

Obeszliśmy odcinek i wspinaliśmy się po Kamiennych Schodkach w górę, gdy nagle powietrze zawirowało od kanonady artyleryjskiej, a ciemne niebo zaroiło się od ognistych kul (…) Biła całą parą niemiecka artyleria przeciwlotnicza.(…) W tej chwili, zupełnie nisko przeleciał nad nami duży samolot bombowy. Nie był to w żadnym razie samolot niemiecki”

Dziennik „Szczerby” pełen  jest opisów walk, powstańczego miasta,  panujących nastrojów, rozterek dotyczących sensowaności powstania,  a także bohaterskiej, porządnej i uczciwej walki z wrogiem wbrew wszystkiemu.

A.

 

„Zła” Warszawa

Spokojny śródmiejski park na Książęcem (cześć parku Rydza Śmigłego w sąsiedztwie Muzeum Narodowego) położony na skarpie, pełen starych drzew, z malowniczą sadzawką, wciąż tajemniczym (acz powoli restaurowanym) Elizeum i urokliwą wieżyczką Mostu Poniatowskiego, jest dziś wytchnieniem od miejskiego znoju dla okolicznych mieszkańców, ich pociech i psich towarzyszy. Któregoś letniego sezonu nad stawem rozsypano piasek i rozstawiono leżaki. Niedawno przy przystanku autobusowym przy ulicy Książęcej ustawiono nowoczesną (podobno samomyjącą się) toaletę publiczną. Przez park prowadzi też ścieżka rowerowa.
Sielankowy nastrój psuli podobno nocni goście knajpki PKP Powiśle hałasując pod oknami pobliskich bloków, choć od otwarcia bulwarów problem podobno zmalał. Nie idealne są też okolice samego Mostu z nie do końca estetyczną i niewykończoną zabudowę jego filarów oraz na parkujące nielegalnie wzdłuż mostu samochody (pod mostem nie ma parkomatów). Można się czepiać i narzekać ale … bywało gorzej – dużo gorzej, szczególnie w powojennej, odradzającej się z ruiny Warszawie To tu znaleziono ciało Kuby Wirusa – jednego z bohaterów „Złego” Leopolda Tyrmanda. Sympatyczny młody dziennikarz stał się ofiarą toczącej się wojny o spokój i bezpieczeństwo Warszawiaków. Prowadząc dziennikarskie śledztwo został zamordowany przez ówczesną warszawską mafię rękami obywatela Kudłatego.
A.