Zaduszki 1945 r.

Jerzy Waldorff w książce „Czarne Owce Apolla” pisał:
„Młodszym pokoleniom warszawiaków trudno sobie wyobrazić nasze posępne marsze wśród ruin i podwójnego zaduchu, który prześladował nas od rana do wieczora- pogorzeli i rozkładających się trupów, bo pod gruzami domów leżały ich jeszcze tysiące. A cóż mówić o nocnym wędrowaniu po ostatnich audycjach radiowych do domu: ulice ciemne, potykanie się o cegły i żelastwo opadłe z usypisk gruzu, spoza których – bywało – atakowali przechodniów rabusie, nikczemny pomiot katastrofy. Raz tylko szedłem Nowym Światem jasno, zgoła rzęsiście oświetlonym. Na Zaduszki owego roku 1945. Po obu stronach jezdni, na rumowisku, ocaleni bliscy zasypanych pod nim ludzi rozstawili płonące znicze, wyżej, niżej, jak daleko sięgałem okiem. I było to, jak gdyby zabici przypominali żywym o swej najtrudniejszej ofierze dla miasta.”

A.

po Powstaniu

Jak wyglądało życie Warszawiaków, którzy po powstaniu trafili w Polskę?

Bardzo różnie. Niektórzy mieli za Warszawą rodziny, które ich wspierały, niektórzy nie, lub nie mieli możliwości do nich dotrzeć. Polegali na pomocy obcych ludzi, czasem znajomych, przyjaciół

Schronieniem dla wielu pogorzelców, między innymi dla Jerzego Waldorffa,czy Poli Gojawiczyńskiej  było Stawisko – gniazdo rodzinne Iwaszkiewiczów w Podkowie Leśnej.

Waldorff w „Czarne owce dla Apolla” tak wspomina tamtejszy pobyt: „Ileż teraz otoczyło mnie znanych twarzy warszawskich! Dziwne powitanie. Oglądałem ich nie po latach, a zaledwie po kilkumiesięcznej przerwie, która jednak zburzyła nasz świat gruntowniej, niżby to mógł uczynić najdłuższy upływ czasu. Dlatego zobaczyłem niektóre oblicza jak gdyby ucharakteryzowane cierpieniem: pożółkła skóra w fałdach, nieoczekiwane zarosty lub dawniej u tak dbałych o siebie kobiet siwizna noszona we włosach z lekceważeniem a w oczach i rysach trwał lęk, chociaż jego źródła zostały w dalekich rumowiskach.

Stroje wreszcie! To powstanie, co zaskoczyło wielu poza domem, w odległych dzielnicach, zmuszało potem – na wyjście z miasta – do brania takiego przyodziewku, jaki był pod ręką w cudzych opuszczonych mieszkaniach lub piwnicach. Teraz więc znalazłem się pośród maskarady sproszonej na Stawisko, tym upiornej, że brali w udział posępni goście, porozumiewający się z rzadka półgłosem.(…) Jarosław (Iwaszkiewicz – przyp. własny) posługiwał się własnymi metodami kojącego wpływania na potępieńczych gości.

Pamiętam go jak co rano z sypialni na piętrze schodził do hallu starannie ogolony, w kolorowym szlafroku jedwabnym, z tureckim fezem na głowie. Majestatyczny, spokojny, na pytanie zebranych jak przedstawia się wojenna sytuacja , odpowiadał, że jest korzystniejsza niż wczoraj, a Niemcy lada chwila pod naporem ofensywy znad Wisły się wycofają i każdy wtedy będzie mógł się brać do odbudowy z ruin swego życia.

Niewiasty ze Stawiska tak zabiegały o gospodarstwo, aby każdy z przybyszów miał i pożywienie, i nocleg, chociażby na podeście schodów, jak sypiał Roman Jasiński, wcześniejszy i późniejszy muzyczny kierownik Radia. Do rytuału dnia nadającego cień regularności naszej tymczasowej egzystencji, należały obiady i kolacje. Duży stół w jadalni pokrywano pięknym obrusem, na którym rozmieszczano jak najciaśniej zastawę z porcelany i sreber, żeby wokół mogło siąść najwięcej biesiadników, rozsadzonych podług wieku i urzędu, po czym z kuchni wynoszono czasem tylko zsiadłe mleko i kartofle, ale podane z widomą elegancją, jak na uroczystym przyjęciu. Takimi kobiecymi zabiegami obecni zmuszeni byli do zachowania najlepszych manier towarzyskich, co również trzymało w ryzach nerwy i swary. Wieczorami pan domu organizował dyskusje na wybrany temat albo też siadał do fortepianu i przegrywano komentując wspólnie, mazurki Chopina, niektóre sonaty Beethovena, czy nawet śpiewano szczególnie lubiane przez gospodarza pieśni Hugona Wolfa. Wtedy bywało, że na chwilę- uniesieni- zapominaliśmy o świecie”.

A.

Czasem spotykam pewną starszą panią – podpierając się o wózek karmi ptaki.

Niedawno miałam zaszczyt potowarzyszyć jej trochę. Karmi ptaki, bo w życiu była głodna – podczas powstania. Wtedy, jako 10 letnia dziewczynka z Powiśla nieraz jadła chleb koloru zielonej trawy lub taki nadgryziony w piwnicy przez szczury.  Wcześniej, jak jeszcze było się czym wymieniać – przez okopy chodziła na Mokotowską zamienić nadwyżki ich jedzenia na marmoladę. A potem było coraz gorzej. Jej Mama właściwie nie jadła, piła – miała posturę okrągłą więc uważała, że jeść powinno dziecko i bardzo szczupły mąż, a ona zużytkuje zapasy.

Powstanie upadło – cała rodzina trafiła najpierw do kościoła św. Stanisława na Wolskiej, gdzie w ogromnym tłoku spędzili dwa dni.  Nie można było wychodzić ze świątyni, nawet do toalety.  A potem były 3 tygodnie w Dulagu 21 w Pruszkowie. Na codziennych apelach sprawdzano stan zdrowia. Niemcy bali się epidemii tyfusu plamistego, więc nie odpuszczali tych kontroli. Ojciec mojej rozmówczyni wyglądał słabo, ale chory nie był. To uratowało go przed wyjazdem do obozu koncentracyjnego z jednej strony, a pewną śmiercią na tyfus lub w egzekucji z powodu choroby. Ostatecznie rodzina trafiła do pociągu, który zawiózł ich w okolice Częstochowy. Tam, na wsi przeczekali do lutego 1945 r. i wrócili do Warszawy, która dla dziecka wyglądała jak górskie wąwozy. Chodzić można było tylko wytyczonymi szlakami, właśnie jak w górach. Jednak tylko tam, gdzie saperzy umieścili już informację, o tym, że min nie ma. Zejście ze ścieżki było bardzo niebezpiecznie.

Starsza pani wyjmując ser dla swoich podopiecznych z uśmiechem życzyła  mi miłego dnia.

A.

80 lat później czyli tajemnica Poloniusa z Mokotowa

Książka „Widziałem oblężenie Warszawy” Alexandra Poloniusa to przejmująca relacja i świadectwo dramatycznych wrześniowych warszawskich dni sprzed 80 lat.

Pierwszy raz została wydana w Londynie już wiosną 1941 r. w liczbie tylko 70 egzemplarzy, w Polsce ukazała się dopiero rok temu dzięki Markowi Przybyłowiczowi, który odkrył i przetłumaczył dziennik. Dziennikarz podjął też żmudne śledztwu alby ustalić tożsamość autora, który dla bezpieczeństwa pozostawionej w kraju rodziny ukrył się pod pseudonimem.Okazało się, że Alexander Polonius to Andrzej Marcin Neuman, urodzony w Warszawie w 1907 roku. Absolwent prawa na UW , ukończył także szkołę Nauk Politycznych, a w 1921 r. związał się z London School of Economics, gdzie był wykładowcą.Wybuch wojny został Andrzeja Neumana podczas wakacji u rodziny w Warszawie. Po kapitulacji Warszawy udało mu się przedostać przez Litwę do Rygi a stamtąd dostać się przez Szwecję do Anglii.  Jego pozostała w kraju rodzina miała mniej szczęścia… Oprócz brata Feliksa, który walczył w kampanii wrześniowej i jako jeniec trafił do niemieckiego obozu nie przeżył nikt z najbliższej rodziny Poloniusa. Przetrwał wielokrotnie wspominany w dzienniku rodzinny dom Neumanów  –  charakterystyczna willa z wieżyczką przy ulicy Willowej 5 na Mokotowie.

W.

Warszawa za Warszawą czyli o „warszawce” w dziczy

fot. wikipedia/GringoPL

Na początku lat 70. XX wieku w Mucznem w Bieszczadach zbudowano hotel dla pracowników leśnych. Po latach ciężkiej pracy i  życia w nieludzkich warunkach, w końcu mieli czyste, ogrzewane pokoje oraz bieżącą wodę.  Ten budynek na końcu świata szybko stał się celem odwiedzin towarzystwa z Warszawy. Jak pisze Krzysztof Potaczała w „Bieszczady w PRL-u” „położony w „bieszczadzkim worku” hotel szybko zapachniał tzw. warszawce, a że władzom Lasów Państwowych też zależało na różnorakich kontaktach, zaczęli do Mucznego przyjeżdżać na wypoczynek dziennikarze, artyści, literaci, sportowcy, słowem – ludzie ze świecznika. Jednym z częstych gości był tu poeta Stanisław Grochowiak. Wódka lała się strumieniami, na stoły „wjeżdżała” dziczyzna, panowie i panie hulali do woli, a kiedy już mieli dosyć i organizm domagał się odpoczynku – wracali do stolicy. Były to jedyne okazje kiedy robotnicza brać miała sposobność na własne oczy zobaczyć osoby z pierwszyh stron gazet, a przy okazji wyrobić sobie pogląd, że również miastowa inteligencja nie wylewa za kołnierz i potrafi upodlić się nie gorzej niż lasowcy, niekiedy ich w tej materii przewyższając.”

W 1975 r. hotel w Mucznem przejął Urząd Rady Ministrów i od tego czasu, zaczęli tu przyjeżdzać (często z Warszawy) politycy –  Jaroszewicz, Gierek czy Kania.

A.

31.08.1939

Wieczorem 31 sierpnia 1939 roku w Warszawie obowiązywało już zaciemnienie. Mieszkańcy przestrzegali go starannie. Uszczelniano także pomieszczenia, przewidziane jako schrony na wypadek ataku gazowego – bo najbardziej obawiano się użycia przez Wehrmacht gazów bojowych. „Tego wieczoru – pisał we wspomnieniach pianista Władysław Szpilman – wszyscy byli już pewni, że wojna z Niemcami jest nieunikniona. Tylko niepoprawni optymiści hołdowali jeszcze złudnej nadziei, że w ostatniej chwili Hitler przestraszy się zdecydowanej postawy Polski”.

Z tekstu Joachima Trenkera „Wieluń, czwarta czterdzieści” Tygodnik Powszechny 29.08.2008

12 sierpnia 1944

Zbigniew Blichewicz „Szczerba” – przedwojenny aktor warszawskich i wileńskich teatrów podczas powstania walczył w batalionie Bończa – najpierw jako porucznik potem dowódca kompanii, a ostatecznie dowódca batalionu. „Szczerba” spisał powstańczy dziennik, który został wydany w 2009 r. jako „Powstańczy tryptyk” ze wstępem i przypisami Mariusza Olczaka.

13 sierpnia 1944, w niedzielę  pan Zygmunt zanotwał: „W nocy pierwszy raz zbudziły nas tzw. szafy. Jest to piekielna zgoła machina, która zieje śmierią z sześciu moździerzowych rur, dopełniając dzieła przeraźliwym zgrzytem, jakby ktoś przesuwał po podłodze gigantyczną szafę. Doznanie bardzo nieprzyjemne i obserwowałem, jak nawet bardzo odważni chłopcy krzywili się na ów dźwięk, chowając głowę w ramionach.(…) Tuż po obiedzie dostałem od „Bończy” rozkaz zlustrowania rejonu od Świętojańskiej do domu PKO przy Brzozowej 2/4 włącznie. To mi wypełniło czas do godziny 16.00 (…) Wróciliśmy na kwaterę. Chłopcom kazałem zjeść kolację, a sam wyszedłem do „Bończy”.  Wsłuchując się w głuchy stuk moich butów po pustej ulicy, zauważyłem, że jest dziwnie jasno, jak na wieczorną porę. „Bończa”, zanim zdążyłem coś powiedzieć, rzekł do mnie:- Chodźmy kochanie prędko! Katedra się pali! Płonąca katedra św. Jana uczyniła na mnie ogromne wrażenie. Próbowano ją gasić, ale były to wysiłki daremne. Patrzyłem na płonącą świątynię, nie przeczuwając wtedy jeszcze, że losy mnie tak bardzo zwiążą z tym kościołem, a właściwie z jego ruinami. (…)

Obeszliśmy odcinek i wspinaliśmy się po Kamiennych Schodkach w górę, gdy nagle powietrze zawirowało od kanonady artyleryjskiej, a ciemne niebo zaroiło się od ognistych kul (…) Biła całą parą niemiecka artyleria przeciwlotnicza.(…) W tej chwili, zupełnie nisko przeleciał nad nami duży samolot bombowy. Nie był to w żadnym razie samolot niemiecki”

Dziennik „Szczerby” pełen  jest opisów walk, powstańczego miasta,  panujących nastrojów, rozterek dotyczących sensowaności powstania,  a także bohaterskiej, porządnej i uczciwej walki z wrogiem wbrew wszystkiemu.

A.

 

Fortepian u Kerntopfów

Do 20 maja w Muzeum Narodowym można oglądać wystawę poświęconą Ignacemu Paderewskiemu i prezentującą kolekcję ofiarowaną muzeum przez artystę. Związki Ignacego Paderewskiego z Warszawą są wielorakie. Warto wspomnieć o tych mniej znanych, z czasów kiedy przyszły wirtuoz i mąż stanu był jeszcze chłopcem. W 1872 r. Jan Paderewski przywiózł 12-letniego syna Ignacego z Podola do Warszawy, żeby zapisał go do Instytutu Muzycznego. Wtedy też udał się na ulicę Miodową do składu fortepianów firmy Kerntopf, mieszczącego się w pałacu Chodkiewiczów. Ta rodzinna firma wytwarzająca fortepiany ciesząca się zasłużoną renomą działała od 1840 r, najpierw przy ulicy Elektoralnej.

Los i zapewne też wielki talent Ignacego sprawił, że Edward Kerntopf słuchając jak chłopiec gra na instrumencie, który chciał nabyć dla niego ojciec zaproponował, aby Ignacy podczas pobytu w Warszawie zamieszkał u jego rodziny i ćwiczył grę bez konieczności nabywani instrumentu. Tak też się stało, a przyjacielskie relacje z rodziną Kerntopfów utrzymywał Paderewski przez całe życie o czym pisze w swoich „Pamiętnikach”.

W.

Kapliczka przy Chmielnej

Przechodziłam tamtędy wiele razy ale nigdy nie zajrzałam w tę bramę. Aż do ostatniej soboty… Było warto -na podwórku kamienicy przy Chmielnej 122 znajduje się kapliczka z czasów okupacji a historia samej kamienicy zasługuje na oddzielny wpis.

W.

Strażnik pamięci

Na ocalałym murze getta w podwórku przy ulicy Złotej 60 znajduje się tablica poświęcona pamięci Mieczysława Jędruszczaka. To dzięki jego staraniom i protestom zachowany mur getta nie został rozebrany w latach 70-tych. Mieczysław Jędruszczak, który jako harcerz brał udział w obronie stolicy we wrześniu, następnie został żołnierzem AK, w 1944 r. bez wyroku sądu został zesłany do łagru. Trzy lata po powrocie do Warszawy, w 1950 roku zamieszkał przy ulicy Siennej 55.

Na portalu Wirtualny Sztetl tak pożegnano pana Mieczysława –
„Opieka nad reliktami murów getta stała się życiową misją Mieczysława Jędruszczaka. Każdą wolną chwilę poświęcał na rozmowy z turystami, którzy przychodzili oglądać mury. Opowiadał im o Zagładzie Żydów oraz jego wysiłkach o zachowanie pamięci. Znały go dziesiątki tysięcy osób na całym świecie. Dziś tych rozmów przy murze nam zabrakło”.

W.