Warszawa za Warszawą czyli o „warszawce” w dziczy

fot. wikipedia/GringoPL

Na początku lat 70. XX wieku w Mucznem w Bieszczadach zbudowano hotel dla pracowników leśnych. Po latach ciężkiej pracy i  życia w nieludzkich warunkach, w końcu mieli czyste, ogrzewane pokoje oraz bieżącą wodę.  Ten budynek na końcu świata szybko stał się celem odwiedzin towarzystwa z Warszawy. Jak pisze Krzysztof Potaczała w „Bieszczady w PRL-u” „położony w „bieszczadzkim worku” hotel szybko zapachniał tzw. warszawce, a że władzom Lasów Państwowych też zależało na różnorakich kontaktach, zaczęli do Mucznego przyjeżdżać na wypoczynek dziennikarze, artyści, literaci, sportowcy, słowem – ludzie ze świecznika. Jednym z częstych gości był tu poeta Stanisław Grochowiak. Wódka lała się strumieniami, na stoły „wjeżdżała” dziczyzna, panowie i panie hulali do woli, a kiedy już mieli dosyć i organizm domagał się odpoczynku – wracali do stolicy. Były to jedyne okazje kiedy robotnicza brać miała sposobność na własne oczy zobaczyć osoby z pierwszyh stron gazet, a przy okazji wyrobić sobie pogląd, że również miastowa inteligencja nie wylewa za kołnierz i potrafi upodlić się nie gorzej niż lasowcy, niekiedy ich w tej materii przewyższając.”

W 1975 r. hotel w Mucznem przejął Urząd Rady Ministrów i od tego czasu, zaczęli tu przyjeżdzać (często z Warszawy) politycy –  Jaroszewicz, Gierek czy Kania.

A.

31.08.1939

Wieczorem 31 sierpnia 1939 roku w Warszawie obowiązywało już zaciemnienie. Mieszkańcy przestrzegali go starannie. Uszczelniano także pomieszczenia, przewidziane jako schrony na wypadek ataku gazowego – bo najbardziej obawiano się użycia przez Wehrmacht gazów bojowych. „Tego wieczoru – pisał we wspomnieniach pianista Władysław Szpilman – wszyscy byli już pewni, że wojna z Niemcami jest nieunikniona. Tylko niepoprawni optymiści hołdowali jeszcze złudnej nadziei, że w ostatniej chwili Hitler przestraszy się zdecydowanej postawy Polski”.

Z tekstu Joachima Trenkera „Wieluń, czwarta czterdzieści” Tygodnik Powszechny 29.08.2008

12 sierpnia 1944

Zbigniew Blichewicz „Szczerba” – przedwojenny aktor warszawskich i wileńskich teatrów podczas powstania walczył w batalionie Bończa – najpierw jako porucznik potem dowódca kompanii, a ostatecznie dowódca batalionu. „Szczerba” spisał powstańczy dziennik, który został wydany w 2009 r. jako „Powstańczy tryptyk” ze wstępem i przypisami Mariusza Olczaka.

13 sierpnia 1944, w niedzielę  pan Zygmunt zanotwał: „W nocy pierwszy raz zbudziły nas tzw. szafy. Jest to piekielna zgoła machina, która zieje śmierią z sześciu moździerzowych rur, dopełniając dzieła przeraźliwym zgrzytem, jakby ktoś przesuwał po podłodze gigantyczną szafę. Doznanie bardzo nieprzyjemne i obserwowałem, jak nawet bardzo odważni chłopcy krzywili się na ów dźwięk, chowając głowę w ramionach.(…) Tuż po obiedzie dostałem od „Bończy” rozkaz zlustrowania rejonu od Świętojańskiej do domu PKO przy Brzozowej 2/4 włącznie. To mi wypełniło czas do godziny 16.00 (…) Wróciliśmy na kwaterę. Chłopcom kazałem zjeść kolację, a sam wyszedłem do „Bończy”.  Wsłuchując się w głuchy stuk moich butów po pustej ulicy, zauważyłem, że jest dziwnie jasno, jak na wieczorną porę. „Bończa”, zanim zdążyłem coś powiedzieć, rzekł do mnie:- Chodźmy kochanie prędko! Katedra się pali! Płonąca katedra św. Jana uczyniła na mnie ogromne wrażenie. Próbowano ją gasić, ale były to wysiłki daremne. Patrzyłem na płonącą świątynię, nie przeczuwając wtedy jeszcze, że losy mnie tak bardzo zwiążą z tym kościołem, a właściwie z jego ruinami. (…)

Obeszliśmy odcinek i wspinaliśmy się po Kamiennych Schodkach w górę, gdy nagle powietrze zawirowało od kanonady artyleryjskiej, a ciemne niebo zaroiło się od ognistych kul (…) Biła całą parą niemiecka artyleria przeciwlotnicza.(…) W tej chwili, zupełnie nisko przeleciał nad nami duży samolot bombowy. Nie był to w żadnym razie samolot niemiecki”

Dziennik „Szczerby” pełen  jest opisów walk, powstańczego miasta,  panujących nastrojów, rozterek dotyczących sensowaności powstania,  a także bohaterskiej, porządnej i uczciwej walki z wrogiem wbrew wszystkiemu.

A.

 

Fortepian u Kerntopfów

Do 20 maja w Muzeum Narodowym można oglądać wystawę poświęconą Ignacemu Paderewskiemu i prezentującą kolekcję ofiarowaną muzeum przez artystę. Związki Ignacego Paderewskiego z Warszawą są wielorakie. Warto wspomnieć o tych mniej znanych, z czasów kiedy przyszły wirtuoz i mąż stanu był jeszcze chłopcem. W 1872 r. Jan Paderewski przywiózł 12-letniego syna Ignacego z Podola do Warszawy, żeby zapisał go do Instytutu Muzycznego. Wtedy też udał się na ulicę Miodową do składu fortepianów firmy Kerntopf, mieszczącego się w pałacu Chodkiewiczów. Ta rodzinna firma wytwarzająca fortepiany ciesząca się zasłużoną renomą działała od 1840 r, najpierw przy ulicy Elektoralnej.

Los i zapewne też wielki talent Ignacego sprawił, że Edward Kerntopf słuchając jak chłopiec gra na instrumencie, który chciał nabyć dla niego ojciec zaproponował, aby Ignacy podczas pobytu w Warszawie zamieszkał u jego rodziny i ćwiczył grę bez konieczności nabywani instrumentu. Tak też się stało, a przyjacielskie relacje z rodziną Kerntopfów utrzymywał Paderewski przez całe życie o czym pisze w swoich „Pamiętnikach”.

W.

Kapliczka przy Chmielnej

Przechodziłam tamtędy wiele razy ale nigdy nie zajrzałam w tę bramę. Aż do ostatniej soboty… Było warto -na podwórku kamienicy przy Chmielnej 122 znajduje się kapliczka z czasów okupacji a historia samej kamienicy zasługuje na oddzielny wpis.

W.

Strażnik pamięci

Na ocalałym murze getta w podwórku przy ulicy Złotej 60 znajduje się tablica poświęcona pamięci Mieczysława Jędruszczaka. To dzięki jego staraniom i protestom zachowany mur getta nie został rozebrany w latach 70-tych. Mieczysław Jędruszczak, który jako harcerz brał udział w obronie stolicy we wrześniu, następnie został żołnierzem AK, w 1944 r. bez wyroku sądu został zesłany do łagru. Trzy lata po powrocie do Warszawy, w 1950 roku zamieszkał przy ulicy Siennej 55.

Na portalu Wirtualny Sztetl tak pożegnano pana Mieczysława –
„Opieka nad reliktami murów getta stała się życiową misją Mieczysława Jędruszczaka. Każdą wolną chwilę poświęcał na rozmowy z turystami, którzy przychodzili oglądać mury. Opowiadał im o Zagładzie Żydów oraz jego wysiłkach o zachowanie pamięci. Znały go dziesiątki tysięcy osób na całym świecie. Dziś tych rozmów przy murze nam zabrakło”.

W.

a może do kina?

Nie pamiętam, w którym dokładnie roku to było, ale byłam jeszcze dzieckiem może w pierwszej może w drugiej klasie szkoły podstawowej. W Atlanticu  wyświetlano, wyczekiwany (pewnie od kilku lat) film „Niekończąca się opowieść.

Było zimno, pochmurno i wietrznie. Całą rodziną i rodziną znajomych na kilka godzin przed seansem ugrzęźliśmy w długiej kolejce z nadzieją, że uda się zobaczyć film.  Nie było to jednak pewne: przed nami stało już sporo ludzi a dodatkowo nie było wiadomo ile biletów rozeszło się w dystrybucji nieoficjalnej – co rusz podchodził do nas tzw. „konik”, który za niewyobrażalną dla nas kwotę chciał odsprzedać bilety. Tego dnia marznięcie i cierpliwość dały efekty – film obejrzeliśmy i przeszczęśliwi wróciliśmy do domu.

fot. NAC

Czytając „Złego” Tyrmanda trafiłam na fragment opisujący sceny sprzed Atlanticu z roku 1954. Okazało się, że moje doświadczenia z dzieciństwa nie są żadnym hardcorem tylko „lajcikiem” – sami przeczytajcie:

„ Pod murami domów, po stronie kina, ciągnęła się długa na kilkadziesiąt metrów kolejka, gęstniejąca przed samym kinem w zbity, rozedrgany tłum… Z tłumu dochodziły podniesione głosy, chwilami krzyki, stłoczona masa ludzi przed bramą falowała na wszystkie strony tamując ruch na jezdni… szamotanina przed bramą była odmętem niebezpiecznym, lecz kryła w sobie szansę dla jednostek walecznych, tylko rzuciwszy się brawurowo w jej otchłań, można było sforsować wejście do kina. Była to jednak nikła, ryzykowna szansa: przed krzywa, drewnianą bramą, wzmocnioną żelaznymi sztabami, stał spocony, zakurzony milicjant i krępy bileter w mocno sfatygowanym uniformie…. Nawet widzowie zaopatrzeni w prawidłowe bilety musieli sobie bohatersko i niezłomnie wyrąbywać drogę w zwartej ciżbie wielbicieli meksykańskiej kinematografii, oblegających wejście do kina i pozbawionych jakichkolwiek formalnych dokumentów zezwalających im na udział w widowisku….Posiadacze ważnych biletów przystawali o parę kroków przed kłębowiskiem, zalęknieni i niezdecydowani, pełnoprawność ich zamiarów stawała się naraz funta kłaków warta wobec walki, którą należało stoczyć…. Należało się rzucić w wir zmagań, nie bacząc na nowy krawat, spodnie czy jesionkę. Po kilku minutach szaleńczego przekładania ramion w obłąkanym kraulu poprzez rozgniatane piersi i marynarki, odpychając tłuste, wybrylantynowane głowy i spocone twarze, wgniatając własne łokcie w oczodoły najbliższych bliźnich i ciągnąc rozpaczliwie własne nogi za niesioną potężnym odpływem resztą korpusu, z cudzymi rękami w kieszeniach płaszcza i ze zmiażdżonym przez innych kraulistów kapeluszem na głowie , posiadacz ważnego biletu lądował w końcu w bramie kina wyciągając za rozerwany pasek od torebki swą towarzyszkę spod nóg tłumu.  Ciężko dysząc, układał na niej strzępy wiosennego płaszcza i wspomnienie po kapeluszu oraz szukał resztek zmasakrowanych zamszowych pantofli; makijaż i perfumy znikły rzecz jasna bez śladu, pozostawiając przy nim egzemplarz kobiety cudem uratowanej z żywiołowej katastrofy”.

Telewizja w Polsce stawiała  wtedy pierwsze  powojenne kroki i mało kto ją miał więc kino było najbardziej dostępną tego typu rozrywką, ale i tak czuję, że w tamtych czasach skupiłabym się raczej na lekturze niż oglądaniu filmów.

A.

 

Figura

Barokowa figura Chrystusa w bocznym ołtarzu kościoła św. Aleksandra pochodzi z kaplicy Grobu Bożego, będącej częścią Kalwarii Ujazdowskiej. Kalwaria, która została zbudowana na zlecenie króla Augusta II Mocnego miała swój początek na placu Trzech Krzyży i biegła w stronę Zamku Ujazdowskiego. Figura pochodząca najprawdopodobniej z Włoch została do Warszawy przywieziona przez Stanisława Herakliusza Lubomirskiego, mecenasa sztuki i właściciela Ujazdowa. Po rozebraniu kapliczek Kalwarii w latach 70-tych XVIII wieku rzeźba trafiła do kościoła Trynitarzy na Solcu a następnie w 1826 r. do nowo wybudowanego kościoła św.Aleksandra, gdzie na szczęście przetrwała zniszczenie świątyni we wrześniu 1944 roku.

W.

Dom Zofii

Stojąca przy ulicy Słonecznej Ambasada Luksemburga w zimowej scenerii. Budynek zaprojektował Lucjan Korngold w połowie lat 30-stych XX wieku dla siostry Jana Wedla Zofii Żochowskiej.  Zaangażowana w konspirację Zofia podczas Powstania Warszawskiego prowadziła kuchnię dla powstańców,  zginęła wraz córką Krystyną na  ulicy Szpitalnej we wrześniu 1944 r.  Jej syn Piotr, harcerz poległ pierwszego dnia Powstania jako żołnierz batalionu „Gustaw”.

W.

Eldorado

Warszawa i Warszawiacy w wyjątkowym 1918 roku we wspomnieniach Henryka Grubera -legionisty, urzędnika i długoletniego prezesa PKO, który 10 listopada 1918 roku przejął z rok niemieckich kontrolę nad Zamkiem Królewskim w Warszawie, w którym wcześniej rezydował generał-gubernator Hans Beseler.   W okresie międzywojennym Henryk Gruber mieszkał przy ulicy Wawelskiej 22/24 na Ochocie.

„Publiczność warszawska typu mieszczańsko-ziemiańskiego różniła się od środowisk Lwowa i Poznania. Warszawianie mieli więcej polotu i życia, nie trącili tej średniej miary wiedeńszczyzną, co  Galicja. Ziemiaństwo tutejsze było jakoś bardziej esencjonalne, treściwe, mniej pretensjonalne. (…)
Bogate domy w Warszawie  reprezentowały życie towarzyskie poczciwe, trochę pretensjonalne i tanie. Do tego Eldorada Warszawy ciągnęły tysiące ludzi w r. 1918 – kresów i Galicji […],Warszawa przestała być teraz „małym Paryżem”. Ludzie zbiednieli; poszukiwacze posad rządowych  Galicji, słowem  ci, co nie znaleźli  oparcia gdzie indziej, kupowali tym nie mniej bilet kolejowy i jechali do Warszawy  w nadziei „zaczepienia się”. (…)  Powstawała masa restauracji i restauracyjek, obsługiwanych przez damy z kresowych rodzin ziemiańskich, które niedola wojny wyrzuciła z pięknych dworów. Można tu było prowadzić z obsługująca damą wyrafinowaną konwersację po francusku. Podobnie, jak w reszcie Europy  panowała w Warszawie epidemia tańców w restauracjach i przy jedzeniu olanym złą wódką lub piwem  można było oddalić się pozornie od rzeczywistości, gdyż mechanizm maszyn drukarskich decydował no dochodach i wydatkach. Za paczkę z dziesięciu papierosami  płacono półtora miliona marek. ”
Henryk Gruber, Warszawa mieszczańsko-ziemiańska, w: „Rok 1918 we wspomnieniach mężów stanu, Warszawa 1987 r.”

W.