Strażnik pamięci

Na ocalałym murze getta w podwórku przy ulicy Złotej 60 znajduje się tablica poświęcona pamięci Mieczysława Jędruszczaka. To dzięki jego staraniom i protestom zachowany mur getta nie został rozebrany w latach 70-tych. Mieczysław Jędruszczak, który jako harcerz brał udział w obronie stolicy we wrześniu, następnie został żołnierzem AK, w 1944 r. bez wyroku sądu został zesłany do łagru. Trzy lata po powrocie do Warszawy, w 1950 roku zamieszkał przy ulicy Siennej 55.

Na portalu Wirtualny Sztetl tak pożegnano pana Mieczysława –
„Opieka nad reliktami murów getta stała się życiową misją Mieczysława Jędruszczaka. Każdą wolną chwilę poświęcał na rozmowy z turystami, którzy przychodzili oglądać mury. Opowiadał im o Zagładzie Żydów oraz jego wysiłkach o zachowanie pamięci. Znały go dziesiątki tysięcy osób na całym świecie. Dziś tych rozmów przy murze nam zabrakło”.

W.

o Bonifratrach i języku polskim

Pod koniec XIX wieku osoby, który jechały „do czubków”, kierowały się do  szpitala prowadzonego przez ubranych w charakterystyczne habity z kapturem zakończonym czubkiem – bonifratrów.  Było to miesce, w którym leczono wiele chorób, ale jedyne w mieście, gdzie zajmowano pacjentami psychiatrycznymi. Ze względu na tą wyjątkowość do języka weszło,  niezbyt miłe dziś określenie  „czubek”oznaczające osobę  chorą psychicznie.

Bonifratrzy jako zakon powołany do opieki nad chorymi sprowadzono do Polski w  17 wieku – do Warszawy w 1649 r. Zakonnicy najpierw osiedli na Lesznie, potem w Ogrodzie Saskim, by w 1728 r. wprowadzić się na Bonifraterską, gdzie wybudowano kościół, budynek zakonny oraz szpital Jana Bożego, w którym posługiwali.

W czasie wojny całość zabudowań runęła w gruzach. Udało się odbudować kościół i budynek zakonny, ale na miejscu szpitala stanęło osiedle. W latach 80. i na początku lat 90. u bonifratrów istniał punkt wydawania darów oraz leków z pomocy zagranicznej i poradnictwa ziołoleczniczego. Do dziś działa tu apteka pokazująca stare wyposażenie miejsca.

Warto dodać, że bonifratrzy jako wykształceni lekarze i sanitariusze byli powoływani na wyprawy wojenne.

 

A.

 

 

 

 

inna winda

Warszawa pełna jest tajemnic i niespodzianek. Całkiem niedawno na ulicy Polnej jechałam windą, która miała dwie pary drzwi – co się zdarza. Jednak dziwne było to, że winda miała dwie kolumny przycisków, każdy do jednych drzwi. Okazało się, że front kamienicy ma inne wysokości pięter niż oficyna.

No i nowi bywalcy tego domu mają nie lada zgryz: wskazówka udzielona mi przez tel. „jak wysiądziesz z windy kieruj się na prawo i znajdziesz mnie za drugimi drzwiami na lewo” okazała się mało przydatna. Wysiadłam w oficynie, a nie w budynku frontowym:)

 

A.

Zagubiony

Jeden z lepiej zachowanych XIX- wiecznych warszawskich pałaców wygląda dość groteskowo w sąsiedztwie wysokich bloków.

Pałac Czapskich przy ulicy Zielnej, bo o nim mowa został wzniesiony w 1875 roku dla Jakuba Janasza według projektu Jana Heuricha starszego. Po śmierci właściciela rezydencja przeszła w ręce rodziny Czapskich, a następnie tuż przed wybuchem II wojny światowej budynek zakupił Polski Związek Przemysłowców Metalowych z przeznaczeniem na czynszową kamienicę.

W.

Artysta z Lwowskiej

Wczesnomodernistyczną kamienicę z 1910 roku przy ulicy Lwowskiej 11 niegdyś (Nowo)Wielkiej 11 zaprojektował prawdopodobniej Ludwik Panczakiewicz, twórca m.in. Hal Mirowskich i kamienicy własnej przy ulicy Marszałkowskiej 6. Na najwyższej kondygnacji kamienicy pracownię miał malarz, rektor ASP, profesor Tadeusz Pruszkowski, inicjator powstania wielu grup o charakterze artystycznym, organizator plenerów malarskich w Kazimierzu nad Wisłą, często wspomagający początkujących artystów. Latem 1942 r. Tadeusz Pruszkowski został aresztowany przez Niemców najprawdopodobniej za pomoc udzieloną znajomym malarzom żydowskiego pochodzenia i zginął podczas próby ucieczki z konwoju na Pawiak.

W.

Zaplecze

Na tyłach salonu Warszawy: zadbanego Nowego Światu  i super eleganckiej Foksal można poczuć się jakby w „innej bajce” – to mieszanka  raczej obsurnych pawilonów  z lat 60, zaniedabnych oficyn kamienic i dostawionych trochę od czapy budek z jedzeniem. O dziwo miejsce tętni życiem – pełno tu młodzieży – przyciągają kultowe knajpki na popołudniowe i wieczorne pogaduchy, super lunche z chińskiej knajpy, za dnia sporo tu elegackich pań zapewne szyjących buty na zamówienie u szewca w oficynie. Urok tego swojskiego miejsca przejawiają się choćby w licznych muralach i malowniczym nieładzie:

Jeśli tu jeszcze nie byliście – koniecznie zajrzyjcie:)

A.

Strzelista wieża

Kiedy patrzymy na zdjęcia ukazujące ruiny warszawskiego getta wśród pustkowia wzrok przyciąga smukła wieża kościoła św. Augustyna.

Swoje powstanie świątynia przy ulicy Nowolipki zawdzięcza darowiźnie Józefa Mikulskiego -warszawskiego urzędnika, który przekazał plac pod budowę kościoła a także hrabinie Aleksandrze Potockiej -właścicielce Wilanowa -która bardzo hojnie wsparła tę inicjatywę. Na czele komitetu budowlanego stanął Ludwik Górki, wykonawca testamentu hrabiny.

Konsekracja kościoła, który został zbudowany w latach 1892-96 wg projektu Edwarda Cichockiego i Józefa Hussa odbyła się w 1905 r. Podczas II wojny św. kościół znalazł się na terenie getta, początkowo służył jako miejsce kultu dla katolików żydowskiego pochodzenia, potem stał się siedzibą żydowskiego Nowego Teatru Kameralnego. Po wielkiej akcji deportacyjnej latem 1942 roku Niemcy urządzili w kościele magazyn zrabowanego żydowskiego mienia. Po upadku powstania w getcie i wywózce zrabowanych dóbr w kościele urządzono stajnie a w podziemiach szpital polowy.

W czasie Powstania Warszawskiego wieża kościoła służyła Niemcom jako punkt obserwacyjny. Po powstaniu, wskutek podpalenia przez Niemców spłonął dach świątyni, sygnaturka, organy, drzwi zewnętrzne a także ucierpiały kamienne elementy elewacji.

W 1947 r. kościół św. Augustyna został znów oddany do użytku wiernym.

W.

 

 

niewidzialne

Wizytki to zakon zamknięty –  co (zapewne w wielkim uproszczeniu) oznacza, że siostry zakonne nie wychodzą poza klasztor i nie utrzymują kontaktów na zewnątrz klasztoru. W kościele przeznaczona jest dla nich specjalna przestrzeń z boku ołtarza, niedostępna dla zwykłych zwiedzających. Nawet w klasztorze, tam gdzie można wejść,nie uda nam się zobaczyć żadnej z sióstr. No chyba że tę z kancelarii parafialnej.

Dawno temu ukradziono mi portfel w autobusie jadącym traktem królewskim. Kiedy się zorientowałam i szykowałam do wyjścia na policję – zadzwoniła koleżanka, do której telefon miałam zapisany na kartce schowanej w portfelu. Otrzymała od siostr wizytek informację: mój portfel znaleziono u nich w ogrodzie.

Od razu zmieniłam kierunek i wraz z mężem zawitałam do klasztoru. W kanclearii siostra, wyznaczona do kontaktu ze światem, pokierowała nas do sporej, pustej  izby. Na jednej ze ścian było malutkie zaciemnione okienko z kołowrotkiem, takim jak czasem można jeszcze spotkać na poczcie czy w banku,  oraz zwisający z sufitu sznur z dzownkiem, którym pociągając poinformowaliśmy o swoim przybyciu.

Zza okienka odezwał się miły głos i odzyskałam skradziony portfel (gotówki już w nim nie było, ale dużo wartościowych notatek szczęśliwie odzyskałam). Siostry nie zobaczyliśmy, zdjęć nie robiliśmy, ale przeżycie było prawdziwie niezapomniane.

Ostatnio podczas spaceru Krakowskim Przedmieściem, weszliśmy do udostępnionej przez siostry części ogrodu. Na końcu znajduje się brama ze sznurkiem do dzwonienia i zadaszona ławeczka do spoczynku…

Trochę tak jakby przenieść się w XVII wiek, kiedy siostry, na zaproszenie królowej Marii Gonzagi, zawitały  do Warszawy.

Za tą zamkniętą bramą znajduje się ocalony z pożogi wojennej XVII wieczny drewniak.

Za bramą na lewo znajduje się budynek, w którym mieszkają księża posługujący w kościele wizytek. Trzeba wspomnieć, że mieszkały tu wyjątkowe osobistości, między innymi: kapelan Solidarności ksiądz Jan Zieja oraz poeta – ksiądz Jan Twardowski:

A.