„Tego ranka, 1 stycznia 1875 roku, nie sposób było dostać w Warszawie sanek.(…) Śnieg spadł obficie, ścieląc się puchowym gościńcem na jezdniach warszawskich ulic (…). Wszystko więc sprzyjało temu, by na miasto legło jak najwięcej sanek. Ale cóż kiedy ich nie było na żadnym ze zwykłych postojów: ani na placu Bankowym, ani przy wyjściu z cukierni Janowskiego przed filarami na placu Teatralnym, ani nawet tam, gdzie znaleźć je było można niemal zawsze: przed dworcem Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej na rogu Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich. Wiele sań pędziło środkiem ulicy z brzękiem dzwoneczków, ale wszystkiej miały już pasażerów.

Przyczyna tego niezwykłego faktu była prosta. Był to przecież ranek noworocznyi zwyczaj nakazywał, by w tym dniu młodzi panowie składali wizyty po domach, w których stale bywali. Zaniedbanie wizyty osobistej lub rzucenia przynajmniej karty wizytowej z zagiętym rożkiem uważane było za wielkie uchybienie towarzyskie.

Nawet „Kurier Warszawski”, który był przecież wyrocznią opinii, obliczył, że każdy z owych „męczenników wymagań światowych” miał średnio do przemierzenia cztery tysiące schodów, a kłaniał się co najmniej sto razy”

Cytat pochodzi z książki „Jeden rok Warszawy 1875” autorstwa Karoliny Beylin wydanej przez PIW w 1959 r. Serdecznie zachęcamy do lektury.

A.

Comments

Komentowanie wyłączone.