07.04.2018

a może do kina?

Nie pamiętam, w którym dokładnie roku to było, ale byłam jeszcze dzieckiem może w pierwszej może w drugiej klasie szkoły podstawowej. W Atlanticu  wyświetlano, wyczekiwany (pewnie od kilku lat) film „Niekończąca się opowieść.

Było zimno, pochmurno i wietrznie. Całą rodziną i rodziną znajomych na kilka godzin przed seansem ugrzęźliśmy w długiej kolejce z nadzieją, że uda się zobaczyć film.  Nie było to jednak pewne: przed nami stało już sporo ludzi a dodatkowo nie było wiadomo ile biletów rozeszło się w dystrybucji nieoficjalnej – co rusz podchodził do nas tzw. „konik”, który za niewyobrażalną dla nas kwotę chciał odsprzedać bilety. Tego dnia marznięcie i cierpliwość dały efekty – film obejrzeliśmy i przeszczęśliwi wróciliśmy do domu.

fot. NAC

Czytając „Złego” Tyrmanda trafiłam na fragment opisujący sceny sprzed Atlanticu z roku 1954. Okazało się, że moje doświadczenia z dzieciństwa nie są żadnym hardcorem tylko „lajcikiem” – sami przeczytajcie:

„ Pod murami domów, po stronie kina, ciągnęła się długa na kilkadziesiąt metrów kolejka, gęstniejąca przed samym kinem w zbity, rozedrgany tłum… Z tłumu dochodziły podniesione głosy, chwilami krzyki, stłoczona masa ludzi przed bramą falowała na wszystkie strony tamując ruch na jezdni… szamotanina przed bramą była odmętem niebezpiecznym, lecz kryła w sobie szansę dla jednostek walecznych, tylko rzuciwszy się brawurowo w jej otchłań, można było sforsować wejście do kina. Była to jednak nikła, ryzykowna szansa: przed krzywa, drewnianą bramą, wzmocnioną żelaznymi sztabami, stał spocony, zakurzony milicjant i krępy bileter w mocno sfatygowanym uniformie…. Nawet widzowie zaopatrzeni w prawidłowe bilety musieli sobie bohatersko i niezłomnie wyrąbywać drogę w zwartej ciżbie wielbicieli meksykańskiej kinematografii, oblegających wejście do kina i pozbawionych jakichkolwiek formalnych dokumentów zezwalających im na udział w widowisku….Posiadacze ważnych biletów przystawali o parę kroków przed kłębowiskiem, zalęknieni i niezdecydowani, pełnoprawność ich zamiarów stawała się naraz funta kłaków warta wobec walki, którą należało stoczyć…. Należało się rzucić w wir zmagań, nie bacząc na nowy krawat, spodnie czy jesionkę. Po kilku minutach szaleńczego przekładania ramion w obłąkanym kraulu poprzez rozgniatane piersi i marynarki, odpychając tłuste, wybrylantynowane głowy i spocone twarze, wgniatając własne łokcie w oczodoły najbliższych bliźnich i ciągnąc rozpaczliwie własne nogi za niesioną potężnym odpływem resztą korpusu, z cudzymi rękami w kieszeniach płaszcza i ze zmiażdżonym przez innych kraulistów kapeluszem na głowie , posiadacz ważnego biletu lądował w końcu w bramie kina wyciągając za rozerwany pasek od torebki swą towarzyszkę spod nóg tłumu.  Ciężko dysząc, układał na niej strzępy wiosennego płaszcza i wspomnienie po kapeluszu oraz szukał resztek zmasakrowanych zamszowych pantofli; makijaż i perfumy znikły rzecz jasna bez śladu, pozostawiając przy nim egzemplarz kobiety cudem uratowanej z żywiołowej katastrofy”.

Telewizja w Polsce stawiała  wtedy pierwsze  powojenne kroki i mało kto ją miał więc kino było najbardziej dostępną tego typu rozrywką, ale i tak czuję, że w tamtych czasach skupiłabym się raczej na lekturze niż oglądaniu filmów.

A.

 

Comments

Komentowanie wyłączone.