warszawskie kontrasty

W samym centrum, na tyłach ulicy Złotej stoją ruiny oficyny domu pod numerem 65 b, a obok na Chmielnej, pnie się w górę najwyższy wieżowiec Unii Europejskiej – Varso. Ma liczyć 310 metrów wysokości. Na jego szczycie będzie znajdował się taras widokowy – konkurencja dla tarasu w PKiN-ie. Ciekawe czy będzie z niego widać naszego ostańca, czy doczeka, czy zostanie wyburzony, a może ktoś go wyremontuje?

A.

zmiany

Na mieście jesień. Dosłownie. Poza kolorowymi bądź łysymi już drzewami, lokale przystrojone są w liście, dynie. Miło patrzeć. Ale nie tylko. Pewna znajoma uświadomiła mi, że nie zawsze można było zostawić stroik ot tak na zewnątrz na ulicy. Było zbyt duże ryzyko, że nie będziemy cieszyć nim oczu. A dziś prawie Śródmieście cieszy oczy:)

A.

powroty

Kolorowa słoneczna jesień zachwyca wszędzie. Są jednak miejsca prawdziwie wyjątkowe. Dla nas takim warszawskim jesiennym cudem są Łazienki Królewskie. Spacer po parku w tygodniu to prawdziwy rarytas, ale naprawdę warto poświęcić dzień urlopu czy odebrać nadgodziny, żeby bez tłumu delektować się łazienkowym pięknem. Wiewiórki robią teraz zapasy na zimę, kaczki kwaczą, wrony, kawki i gawrony głośno kraczą, a liście pod stopami mile szeleszczą. Leżaki zaczęcają do relaksu, a słońce do lenistwa. Ominęło nas niestety spotkanie z tutejszą sową i sarenką, ale może następnym razem się uda…

A.

Czasem spotykam pewną starszą panią – podpierając się o wózek karmi ptaki.

Niedawno miałam zaszczyt potowarzyszyć jej trochę. Karmi ptaki, bo w życiu była głodna – podczas powstania. Wtedy, jako 10 letnia dziewczynka z Powiśla nieraz jadła chleb koloru zielonej trawy lub taki nadgryziony w piwnicy przez szczury.  Wcześniej, jak jeszcze było się czym wymieniać – przez okopy chodziła na Mokotowską zamienić nadwyżki ich jedzenia na marmoladę. A potem było coraz gorzej. Jej Mama właściwie nie jadła, piła – miała posturę okrągłą więc uważała, że jeść powinno dziecko i bardzo szczupły mąż, a ona zużytkuje zapasy.

Powstanie upadło – cała rodzina trafiła najpierw do kościoła św. Stanisława na Wolskiej, gdzie w ogromnym tłoku spędzili dwa dni.  Nie można było wychodzić ze świątyni, nawet do toalety.  A potem były 3 tygodnie w Dulagu 21 w Pruszkowie. Na codziennych apelach sprawdzano stan zdrowia. Niemcy bali się epidemii tyfusu plamistego, więc nie odpuszczali tych kontroli. Ojciec mojej rozmówczyni wyglądał słabo, ale chory nie był. To uratowało go przed wyjazdem do obozu koncentracyjnego z jednej strony, a pewną śmiercią na tyfus lub w egzekucji z powodu choroby. Ostatecznie rodzina trafiła do pociągu, który zawiózł ich w okolice Częstochowy. Tam, na wsi przeczekali do lutego 1945 r. i wrócili do Warszawy, która dla dziecka wyglądała jak górskie wąwozy. Chodzić można było tylko wytyczonymi szlakami, właśnie jak w górach. Jednak tylko tam, gdzie saperzy umieścili już informację, o tym, że min nie ma. Zejście ze ścieżki było bardzo niebezpiecznie.

Starsza pani wyjmując ser dla swoich podopiecznych z uśmiechem życzyła  mi miłego dnia.

A.

popowstańcze losy

To się działo pewnie jakoś teraz, w październiku, listopadzie. Ludność cywilna Warszawy, która po powstaniu trafiła do obozów przejściowych pod Warszawą, głównie do Dulagu 121 w Pruszkowie, była kierowana dalej. Część warszawiaków wywieziono na zachód Generanej Guberni i pozostawiono samym sobie. Wielu skończyło na robotach przymusowych w Niemczech lub w obozach koncentracyjnych. Właśnie tym, którzy trafili do obozów poświęcony jest, odsłonięty na początku sierpnia w Parku Powsstańców Warszawy, kamień przypominający trudne popowstańcze historie.

A.

piękny budynek

Jak się nie widziało, to trudno uwierzyć, że w naszym mieście zachowały się tak dostojne budynki jak gmach ASP u zbiegu Myśliwieckiej i Hoene-Wrońskiego zaprojektowany przez Kazimierza Tołłoczkę na bursę dla nauczycielek. Dziś budynek mieści wydział architektury wnętrz, wzronictwa oraz mody ASP. Aż dziwne, że dopiero niedawno wpisano go do rejestru zabytków.

A.

początek najgorszego

Zaczęło się, choć oficjalnie o tym jeszcze nie wiadomo, ale 2 października 1940 r. gubernator Warszawy Ludwik Fischer podpisał rozporządzenie o utworzeniu getta w Warszawie.
Decyzję ogłoszono przez megafony w dniu 12 października, a do 16 listopada wszyscy warszawscy Żydzi mieli zamieszkać w wyznaczonej na tej cel dzielnicy Żydowskiej – dzisiejszym Muranowie, Grzybowie, części Nowego Miasta, fragmencie Śródmieścia Północnego i Powązkach.
Kolejny miesiąc dla wielu tych, którzy się przesiedlali był czasem wyjątkowo trudnym. Trzeba było znaleźć mieszkanie lub pokój lub choćby tylko miejsce do spania w dzielnicach, które w większości zamieszkane były przez ludność żydowską. Trzeba też było zaplanować i zorganizować przeprowadzkę i może przede wszystkim stawić czoła kolejnemu poniżeniu, lękowi przed tym co dalej. Kolejnemu poniżeniu, bo tak naprawdę od czas rozpoczęcia okupacji ludność żydowska była stopniowo ograniczona. Choćby we wprowadzonym zakazie uboju rytualnego na terenie Generalnego Gubernatorstwa, zamknięciu synagog i bożnic i zakazie spotkań w celach religijnych nawet w mieszkaniach prywatnych, zakazie zmiany miejsca zamieszkania bez zezwolenia, obowiązku noszenia opasek z gwiazdą Dawida dla wszystkich powyżej 12 roku życia. Przy najgęściej zaludnionych żydowskich dzielnicach umieszczano tabliczki z napisem „Obszar zagrożony tyfusem, możliwy tylko przejazd”. Dodatkowo ograniczano wypłaty z kont bankowych i wprowadzono obowiązek pracy już dla dzieci powyżej 14 roku życia (Polacy mieli taki obowiązek od 18 roku życia) oraz zmniejszono przydziału kartek na żywność: w sierpniu 1940 tygodniowy przydział chleba wyniósł 750 gram na osobę (Polacy mieli 2x większy).
Po tych wszystkich krokach, zamknięcie ludności żydowskiej nie mogło oznaczać nic dobrego. Tylko kto o zdrowych zmysłach mógł sobie wyobrazić Holocaust?

A.